Córka Wysłannika cz.2

Tinwe nigdy jeszcze nie była na przesłuchaniu, ale miała przeczucie, że wygląda ono dokładnie tak jak teraz. Tak się czuła.
Po posiłku zjedzonym w karczmie Callan zdecydował, że lepiej będzie porozmawiać na pokładzie „Skylli”. Całą czwórką poszli na statek i zamknęli się w kajucie kapitana. Teraz dziewczynka siedziała na koi trzeszczącej za każdym razem, gdy odważyła się poruszyć i obserwowała mężczyzn. Callan chodził tam i z powrotem po pomieszczeniu, patrząc na nią niczym drapieżnik na ofiarę. Crevan oparł się o zamknięte drzwi kajuty i założył ręce na piersi, przyglądając jej się z obojętnością. Ilmarin z kolei zajął miejsce przy zawalonym papierami biurku. Jako jedyny uśmiechał się lekko, jakby chciał jej dodać otuchy. Tinwe mimowolnie odpowiadała mu uśmiechem za każdym razem, gdy zerkała w stronę blondyna. Pomyślała sobie, że nawet jeśli tu nie zostanie, to będzie chociaż jego dobrze wspominać.
- Więc mówisz, że od kilku lat błąkałaś się od miasta do miasta i mnie szukałaś? - chciał upewnić się Callan, gdy skończyła opowieść o tym, co robiła przez ostatnie kilka lat.
- Tak – odparła Tinwe. - Od momentu, jak mama umarła. Miałam wtedy dziewięć lat.
- Co się stało z Ireth? - zapytał Crevan. - Jak umarła?
Tinwe głośno odetchnęła.
- Zabił ją białowłosy elf – odparła. - Najpierw... najpierw nas porwał, jak wyjechałyśmy z miasta... a potem zamknął... i robił jej krzywdę... a ona tak bardzo krzyczała... - głos jej się załamał.
- Nie martw się, to się stało dawno, a ty jesteś tutaj z nami, całkowicie bezpieczna – głos Ilmarina zabrzmiał kojąco.
- Tata nie powiedział, czy zostanę – szepnęła Tinwe i zerknęła na Callana, jednak on odwrócił wzrok, wciąż trzymając ją w niepewności.
- Jak udało ci się uciec? - zapytał Crevan. - Mówiłaś, że was zamknął.
- Jak zajął się raz mamą, to pobił ją tak, że myślał, że zemdlała – powiedziała cicho Tinwe. - Ale wcale tak nie było. Bo jak on na chwilę poszedł, to mama wstała i otworzyła drzwi od mojego pokoju i kazała mi uciekać.
- Więc skąd wiesz, że umarła? - zapytał Callan. - Może dalej jest u niego w niewoli...
- Nie uciekłam od razu – szepnęła Tinwe. - Schowałam się, bo usłyszałam, że wraca. A on zobaczył, że drzwi mojego pokoju są otwarte. Bardzo się wściekł na mamę. Zaczął ją bić... a potem wziął nóż i... - drżącymi rękoma dotknęła swojej szyi.
Callan zatrzymał się mniej więcej na środku kajuty. Po raz pierwszy Tinwe zauważyła, że patrzy na nią ze współczuciem. Mimo że wspominanie momentu śmierci Ireth wywoływało u niej to samo przerażenie i rozpacz, co przed laty, to jednak ucieszyło ją, że ojciec okazał jakieś inne uczucia niż gniew i zaskoczenie.
- A co potem? - zapytał Crevan, nie wychodząc ze swojej roli przesłuchującego. - Nie szukał cię?
- Szukał – odparła elfka. - Ale myślał, że już zdążyłam pobiec do lasu i wyszedł. Jak zostawił mamę samą, to przy niej chwilę posiedziałam... nie mogłam tak uciec bez pożegnania...
- Mógł w tym czasie wrócić, a wtedy byś nie uciekła – zwrócił jej uwagę Callan.
- A czego ty się spodziewasz po dziecku? Że zachowa się racjonalnie? - prychnął Crevan. - I tak można powiedzieć, że miała szczęście.
Callan wzruszył ramionami. Do tej pory jedynym dzieckiem, jakie miał możliwość obserwować przez okres dłuższy niż kilka godzin, był Ilmarin. A on zawsze był spokojnym chłopcem.
- I co z nią zrobisz, Callanie? - zapytał Crevan. - Jest całkiem sama. Ja rozumiem, że normalnie odesłałbyś ją z powrotem do matki, ale sam widzisz... to już niemożliwe.
- Ta... - westchnął kapitan i spojrzał na dziewczynkę. Tinwe akurat patrzyła na niego błagalnie. Widać było po niej, że bardzo chce zostać razem z nimi.
Sam nie wiedział, co zrobić. Z jednej strony miał ochotę jak najszybciej pozbyć się dziecka, z drugiej to jednak była jego córka. Nie miał co do tego wątpliwości. Miała tyle lat, że rzeczywiście jego krótki romans z Ireth mógł zaowocować wydaniem na świat tej roztrzepanej, małej elfki. Nie mógł jej tak po prostu zostawić, należało zachować choć trochę przyzwoitości. Westchnął i zrezygnowany spojrzał na Tinwe.
- No dobrze, możesz zostać... - powiedział.
- HURRA!!! - wykrzyknęła uradowana elfka, wstała i rzuciła mu się na szyję. Uścisnęła go z siłą, jakiej nie spodziewałby się po takiej drobnej dziewczynce jak ona. Zszokowany kapitan spojrzał na swoich towarzyszy.
Po minie Crevana widać było, że elf uznał jego decyzję za słuszną. Skinął głową i uśmiechnął się lekko. Ilmarin z kolei zrobił taki gest, jakby dawał Callanowi do zrozumienia, że teraz powinien odwzajemnić uścisk córki. Tak też zrobił, choć nie używał siły, żeby nie zrobić Tinwe krzywdy.
- Jak dobrze, że będziemy już na zawsze razem – teraz, gdy elfka już wiedziała, że zostanie z ojcem, uspokoiła się i nabrała odwagi na tyle, że wyglądało na to, że rozgada się na dobre. - Będziemy płynąć przez morza i zabijać niebezpieczne potwory, prawda? I przeżywać przygody? I nauczysz mnie walczyć mieczem? Bo sztyletem już trochę umiem, sama się nauczyłam. W ogóle umiem dużo rzeczy i mogę ci pokazać!
- Spokojnie, nie tak szybko – Callan puścił ją i odsunął, dając znak, by usiadła na koi. Tinwe posłusznie zajęła miejsce. - Najpierw musisz się przyzwyczaić do statku. Kto wie, czy nie dostaniesz choroby morskiej...
- Nie dostanę – odparła Tinwe, ale tak bez przekonania.
- Jak wypłyniemy, będziesz musiała poobserwować marynarzy i w miarę możliwości pomagać im – mówił dalej kapitan, jakby wcale mu nie przerwała. - Tylko nie przesadzaj. No i postaraj się w czasie rejsu nie wypaść za burtę – dodał, spoglądając znacząco na Ilmarina, który lekko się zaczerwienił.
- Raz mi się zdarzyło – powiedział z urażoną miną. - I tylko dlatego, że poczęstowałeś mnie rumem...
- A gdzie będę spała? - zapytała Tinwe, rozglądając się dookoła. - Mogę z tobą?
- Nie! - zawołał od razu Callan. Jeszcze tego by brakowało, by nastolatka siedziała w jego kajucie! A co, jakby zechciał sprowadzić do siebie jakąś kobietę? Przecież nie zamierzał rezygnować z rozrywek tylko dlatego, że ma teraz córkę na utrzymaniu.
- To gdzie? - nie ustępowała Tinwe.
Callan zamyślił się. Tak naprawdę nic mu nie przychodziło do głowy. Crevan i Karenmir jako oficerowie mieli osobne kajuty, ale reszta załogi spała w kubryku. Teoretycznie powinien wysłać dziewczynkę, by spała razem z pozostałymi członkami załogi. Z drugiej strony pamiętał jeszcze, jak niezręcznie czuła się Karenmir, gdy musiała przebierać się przy wszystkich. Wiedziała, że przyciąga spojrzenia mężczyzn i wcale jej się to nie podobało.
- Karen udostępni ci swoją kajutę – powiedział po chwili namysłu Callan. - Jak Crevan z nią porozmawia...
- No tak... trzeba znowu zwalać wszystko na mnie – westchnął Crevan. Odwrócił się przodem do drzwi. - To ja idę z nią pomówić. Do tej pory zajmij się swoją uroczą córeczką. Nie pozabijajcie się i w ogóle...
Po tych słowach wyszedł. Ilmarin po minie Callana zrozumiał, że lepiej, by również nie nadużywał gościnności kapitana i poszedł za żółtookim.
- A kto to jest Karen? - zapytała Tinwe, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi. - Czy to twoja żona? Czy jest ładna? A jak myślisz, polubi mnie?
- Daj mi dojść do słowa! - wściekł się Callan, na co onieśmielona elfka zamilkła i spojrzała na niego wyczekująco, najwyraźniej chcąc poznać odpowiedzi na swoje pytania. - Karenmir to drugi oficer „Skylli”. Nie jest moją żoną i nigdy nią nie była, ale jest narzeczoną Crevana. Czy jest ładna... to kwestia gustu. Mi się nie podoba, ale Crevan kocha ją nad życie i uważa za chodzące bóstwo.
- Naprawdę? - zainteresowała się Tinwe. - Ten pan wygląda strasznie. Jakby nie mógł nikogo pokochać.
- Tak. To jest cham i prostak, jak my wszyscy – Callan wzruszył ramionami. - Ale przy bliższym spotkaniu nie jest taki zły. Jeszcze się przekonasz.
Tinwe pokiwała głową. Dłońmi potarła powieki i ziewnęła. Teraz, gdy emocje opadły, poczuła się senna.
- Tato... a opowiesz mi jakąś waszą przygodę? - zapytała.
- Nie mam pojęcia, jaką... - zaczął elf. Przez chwilę siedział, próbując wybrać jedną z wielu przygód, jakie już przeżył. Nie było to łatwe, ale większość już na wstępie odrzucił jako zupełnie nieodpowiednie dla kogoś w wieku Tinwe. Wreszcie uznał, że może opowiedzieć jej coś z początków swojej kariery jako kapitan „Skylli”.
- A więc słuchaj... - zaczął, ale w tym momencie zdał sobie sprawę, że nie ma już kto go słuchać. Tinwe zwinęła się w kłębek na jego koi i spała w najlepsze.
- Świetnie – burknął do siebie elf. Po chwili namysłu jeszcze tylko zdjął buty z nóg dziewczynki. Udało mu się to bez problemu, bo obuwie było odrobinkę za duże. Stanął obok niej, nie wiedząc, co teraz ma zrobić. Też by się gdzieś położył, ale gdzie? Podłoga nie była najwygodniejsza, a nie miał najmniejszego zamiaru spać z resztą załogi.
W końcu niepewnie położył się na koi obok córki. Dziewczynka przez sen objęła jego ramię i przytuliła się, uśmiechając się lekko. Chyba musiało jej się śnić coś miłego. Callan zaś zesztywniał. Co miał zrobić? Odepchnąć ją? Leżeć tak dalej i czekać, aż go puści? Nie wiedział, ile to może potrwać. Przeczucie mu jednak mówiło, że próby oderwania od siebie Tinwe mogą się skończyć kolejną awanturą, a tego mu na razie wystarczyło. Za dużo emocji jak na jeden dzień.
Powoli więc się rozluźnił i zamknął oczy, próbując zasnąć. Po krótkiej chwili udało mu się na moment zapomnieć o obecności dziewczynki. To pomogło mu na tyle, że wreszcie zapadł w sen.

***

Gdy Tinwe się obudziła, była całkiem sama w kajucie Callana. Ziewnęła i przeciągnęła się. Zabawne, że po raz pierwszy od dawna nie prześladowały jej koszmary. Czuła się całkowicie wypoczęta. Bardzo ją to cieszyło, więc usiadła na koi i sięgnęła po swoje buty. Gdy je zakładała, próbowała sobie przypomnieć, kiedy właściwie je zdjęła. Szybko jednak doszła do wniosku, że nie ma co zajmować się takimi drobiazgami.
Wstała i podeszła do drzwi kajuty. Już miała je otworzyć, gdy nagle usłyszała po drugiej strony głosy. Zatrzymała się więc na chwilę, przysłuchując się rozmowie.
- Kajuta już jest przygotowana – usłyszała kobiecy głos. Domyśliła się, że to musiała być ta cała Karenmir, o której wczoraj tyle słyszała. - Ale skoro mówisz, że ona kompletnie nic przy sobie nie miała, to trzeba kupić jej chociaż jakieś ubrania na zmianę.
- To będzie konieczne – mruknął Callan. - Wygląda, jakby wyrwała się z cyrku. No i trzeba ją doprowadzić do porządku. Myślę, że już dawno się nie myła... nie wspominając już o jej włosach.
- Jakoś jak reszta załogi cuchnie, to ci to nie przeszkadza – zaśmiał się Ilmarin.
- Faceci to sobie mogą – Callan machnął ręką. - Skoro to jest moje dziecko, to trzeba ją doprowadzić do porządku, żebym nie musiał się za nią wstydzić.
Zabierze mnie na zakupy, pomyślała Tinwe i rozpromieniła się. Już tak dawno nie miała okazji przejść się po mieście i jak uczciwy elf kupić sobie to, co jej się będzie podobało... Właściwie to od śmierci mamy zmuszona była kraść. Nie lubiła tego robić, ale tylko dzięki temu udało jej się przetrwać.
Wyszła z kajuty i powitała wszystkich skinieniem głowy.
- Witaj, Tinwe – Ilmarin uśmiechnął się do niej czarująco. - Pozwól, że ci przedstawię. To jest Karenmir, narzeczona Crevana – dodał, wskazując na szczupłą, czerwonowłosą elfkę. Kobieta przyglądała jej się krytycznie, wyraźnie oceniając jej wygląd i ubranie.
- Dzień dobry – Tinwe nie przejęła się tym i skłoniła się przed piratką.
- Cześć, mała – mruknęła Karenmir. - Oj, widzę, że twój tatuś ten jeden raz ma rację i trzeba się porządnie za ciebie wziąć. Idźcie już powoli do karczmy – dodała i szybko wybiegła ze statku. Widzieli, że kierowała się do tej samej gospody, w której dzień wcześniej Tinwe pokazała się Callanowi.
- Co ta pani miała na myśli? - zapytała Tinwe.
- Że pilnie potrzebujesz kąpieli – odparł spokojnie Callan. - I żeby ktoś zajął się tą miotłą na twojej głowie.
Tinwe dotknęła swoich włosów. Wydawały jej się całkiem normalne, jak to włosy. A to, że sterczały we wszystkie strony, to już nie jej wina.
- Nie mam żadnej miotły – powiedziała, nie rozumiejąc, co ojciec miał na myśli.
Ilmarin parsknął śmiechem, a Callan jakimś cudem zdołał zachować powagę.
- Pewnie Karen ci wszystko wyjaśni, jak się tobą zajmie – stwierdził. - Chodźmy.
Tinwe posłusznie dała się poprowadzić do karczmy. Tam kapitan zamówił posiłek dla siebie i córki. Nie spiesząc się, zjedli kilka kanapek i wypili dzban rozcieńczonego soku. Dopiero, gdy już się najedli, ruszyli w stronę schodów, gdzie na pierwszym piętrze już czekała na nich Karenmir.
Weszli do jednego z niewielkich pokoi. W środku nie było żadnych mebli, jeśli nie liczyć niewielkiej szafki oraz zajmującej większość pomieszczenia balii, w tej chwili wypełnionej gorącą wodą.
- Dobrze, że wreszcie jesteście – stwierdziła Karenmir. - Callan, poczekaj za drzwiami. A ty, Tinwe, rozbieraj się i wskakuj do wody.
- Ale tak przy pani? - zdziwiła się nastolatka. Obejrzała się za siebie, szukając pomocy u ojca, ale Callan posłusznie wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.
- Myślisz, że nigdy nie widziałam gołej dziewczyny? - westchnęła Karenmir, ale odwróciła się do Tinwe plecami, by dziewczynka nie musiała się wstydzić.
Mała elfka szybko zrzuciła z siebie przyduże ubranie i wskoczyła do balii. Woda była przyjemnie ciepła i pachniała jakimiś olejkami. Zadowolona Tinwe zanurzyła się aż po szyję. Nie pamiętała, kiedy ostatnio miała okazję wykąpać się tak jak teraz... chyba jeszcze przed śmiercią Ireth.
Usłyszała za sobą kroki Karenmir. Elfka zbliżyła się do niej i podała jej kostkę mydła i gąbkę.
- Masz się porządnie wyszorować – powiedziała. - Im szybciej, tym lepiej.
I nici z wylegiwania, pomyślała z żalem Tinwe, ale zabrała się za wykonywanie polecenia. Szybko zapomniała o obecności czerwonowłosej i podczas kąpieli zaczęła nawet nucić wesołą piosenkę, jaką kiedyś usłyszała od ulicznego grajka. Nawet nie miała pojęcia, że jej zachowanie może bawić Karenmir, siedzącą w pewnej odległości od niej. Elfka z trudem zachowała powagę. W końcu jednak chyba stwierdziła, że Tinwe już wystarczająco długo się tapla w wodzie, bo w końcu podeszła do niej z grzebieniem w jednej ręce i nożyczkami w drugiej...
Callan stojący na korytarzu nagle usłyszał rozpaczliwy krzyk córki. Zdziwiony obejrzał się za siebie. Szczerze wątpił, by Karenmir chciała jej zrobić prawdziwą krzywdę, ale na wszelki wypadek należało się zainteresować...
- Co się tam dzieje? - zawołał.
- Właśnie zajęłam się włosami Tinwe – odpowiedziała mu czerwonowłosa.
- Nie! Zostaw! Ja nie chcę! Nie ścinaj! - wykrzyknęła Tinwe.
Callan parsknął krótkim śmiechem. Naprawdę nie rozumiał, czemu większość kobiet, nawet takich małych, tak wielką wagę przywiązywało do długości swoich włosów. Już dawno jednak doszedł do wniosku, że sposobu myślenia kobiet nie jest w stanie w ogóle zrozumieć, choćby się nie wiadomo jak starał. Nie rozmyślał więc nad tym, czemu Tinwe tak przeżywa zmianę fryzury, tylko bardziej z braku lepszego zajęcia przysłuchiwał się jękom córki i uspokajającym słowom Karenmir. Co jakiś czas słyszał też szczęk nożyc. Co chwilę od podsłuchiwania odrywała go któraś z dziewek, które wchodziły na piętro, by zrobić porządek z pokojami na noc. Z trudem powstrzymywał się, by do którejś nie zagadać. W końcu wszystkie były niczego sobie... nic by nie zaszkodziło, gdyby namówił którąś na wspólną noc...
W końcu drzwi łazienki otworzyły i na zewnątrz wyszły Karenmir i Tinwe. Dziewczynka miała teraz trochę krótsze włosy. Sięgały ledwie za kark, ale przynajmniej nie sterczały we wszystkie możliwe strony. Mała elfka wyglądała jednak na bardzo z tego faktu niezadowoloną, bo ciągle jeszcze pochlipywała.
- Zobacz, co mi ta zła pani zrobiła! - poskarżyła się.
Callan spojrzał na nią krytycznie.
- Teraz wyglądasz lepiej – powiedział. - Poza tym nie martw się, bardzo szybko odrosną.
- Naprawdę? - ucieszyła się Tinwe. Przez słowa ojca od razu zapomniała, że miała być obrażona na Karenmir. - To co teraz zrobimy?
- Teraz, moja droga, kupimy ci jakieś ubrania – powiedziała czerwonowłosa.
- A będę mogła sobie sama wybrać? - zapytała Tinwe.
- No nie wiem... - mruknęła Karenmir.
- Teraz się tak ubrałam, bo tylko takie ubrania pasowały – powiedziała szybko elfka. - Tym razem na pewno wybiorę coś lepszego.
- A niech ci będzie – Callan machnął ręką.
Tinwe z radosnym okrzykiem zbiegła po schodach w dół karczmy. Gdy Callan i Karenmir powoli zeszli za nią, wybiegła na zewnątrz.
- Coś mi się wydaje, że będzie z nią więcej kłopotów, niż z Ilmarinem – mruknęła Karenmir. - On nie był taki żywy... a ona pewnie wszędzie będzie chciała zajrzeć, wszystkiego spróbować...
- Damy sobie radę – Callan wzruszył ramionami. Widział przecież, że Tinwe nie jest całkiem malutka i miał szczerą nadzieję, że na statku znajdzie sobie jakieś pożyteczne zajęcie. Byle tylko nie uczepiła się go jak rzep psiego ogona...
Zakupy na szczęście nie trwały tak długo, jak się spodziewał, ale Callan i tak nie był z nich zadowolony. Gdziekolwiek by nie podeszli, Tinwe i tak w pierwszej kolejności wybierała różowe sukienki albo zestawy ubrań. Karenmir, widząc minę Callana, próbowała zaproponować elfce jakieś inne ubrania, ale dziewczynka była uparta. Niestety, słowo się rzekło i kapitan „Skylli” mimo wszystko musiał zapłacić za to, czego zażyczyła sobie jego córka.
Gdy w końcu wrócili na statek, Tinwe była bardzo zadowolona z zakupów i wraz z Karenmir poszła do wyznaczonej dla niej kajuty, aby to wszystko rozpakować. Callan z ulgą usiadł przy relingu. Tak zastał go Crevan wracający z portu. Stanął obok niego i spojrzał na elfa z rozbawieniem.
- Widzę, że odgrywanie roli dobrego tatusia cię wykańcza? - zapytał z drwiną.
Kapitan posłał mu pełne złości spojrzenie.
- A idź do diabła – prychnął.
Crevan parsknął śmiechem i oparł się o reling.
- Powiedz mi, jak ty zamierzasz się nią zająć, skoro już po jednym dniu wymiękasz? - zapytał.
- Dam sobie radę – odparł niechętnie Callan. - Zresztą czemu mi teraz robisz wymówki? Wczoraj wydawałeś się być zadowolony z mojej decyzji.
- Dalej jestem – odparł Crevan. Uśmiechnął się lekko. - Jednak nie jesteś aż takim draniem jak to wszyscy mówią. Ale trochę cię już znam...
- Jeśli sobie nie poradzę, to coś wymyślę – Callan wzruszył ramionami. - Jak zwykle.
- Taaa... wciśniesz jakiejś swojej byłej? - zapytał Crevan. - O ile nie wyrzuci cię za drzwi, gdy cię zobaczy?
- Mówiłem ci już, że jeszcze nie wiem – zirytował się kapitan. - Wymyślę coś, jeśli przestanę sobie radzić.
- Pożyjemy, zobaczymy - żółtooki parsknął śmiechem i ruszył do swojej kajuty, zostawiając Callana samego.
Elf nie siedział długo w samotności. W końcu sam jakoś podniósł się i poszedł spać. Ten dzień był naprawdę męczący... a miał wrażenie, że od jutra będzie gorzej...

***

Następnego dnia Callan miał niewiele czasu dla córki. Musiał wraz z Ilmarinem i Crevanem dopilnować, by w ładowni znalazło się wystarczająco dużo zapasów, by mogli wyruszyć w następny rejs. Wiedział jednak, że dziewczynka jest w dobrych rękach, bo zostawił ją z Karenmir. Przekonał się o tym, gdy tylko popołudniu wrócił na „Skyllę” i ujrzał je siedzące przy relingu. Czerwonowłosa mówiła coś przyciszonym głosem, a Tinwe słuchała jej z uwagą, łatwo więc było się domyśleć, że Karen właśnie opowiada małej jakąś zasłyszaną w karczmie historyjkę.
Zadowolony z faktu, że Tinwe nie sprawia kłopotów, jeszcze tego samego dnia zarządził, by wyruszyli w rejs. Wszyscy marynarze przyjęli tę decyzję z entuzjazmem i od razu zabrali się do pracy.
Callan stał na mostku kapitańskim, obserwując, jak coraz bardziej oddalają się od lądu. Ze swojego stanowiska obserwował, jak podekscytowana całą sytuacją Tinwe podbiega do dziobu statku, by mieć lepszy widok. Przyjemnie tak było patrzeć na dziecko i widzieć, że jest równie szczęśliwe jak on w tej chwili. Niczego nie lubił równie mocno jak wypływania w rejsy... no, jeśli nie liczyć rumu i kobiet. Tych dwóch zainteresowań Tinwe nie mogła z nim dzielić, ale może przynajmniej polubi podróżowanie „Skyllą” równie mocno jak on.
Gdy byli już na tyle daleko od lądu, że budynki w Silfie wydawały się malutkie niczym domki z kart, Tinwe znudziło się bierne obserwowanie. Zauważyła Callana i bez ostrzeżenia wbiegła na mostek kapitański.
- Co robisz? - zapytała.
- Steruję – odparł Callan. - Jestem zajęty, więc znajdź sobie lepsze zajęcie. Albo pomów z Karenmir. Na pewno coś ci znajdzie.
- A nie mogę z tobą posterować? - nie ustępowała Tinwe.
- Nie. Jesteś za mała – powiedział kapitan. - Mówiłem ci już, idź do Karen.
- No dobra... - elfka wyglądała na naburmuszoną, ale posłusznie sobie poszła.
Callan z zadowoloną miną skupił się na swoim zajęciu. Przynajmniej na razie miał małolatę z głowy. Liczył, że do końca rejsu będzie tak samo grzeczna jak teraz. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się mylił...

***

Przez pierwsze trzy dni rejsu Tinwe zachowywała się jak wzorowe dziecko. Chodziła albo przy Karenmir, albo przy Ilmarinie i uważnie słuchała wszystkiego, co jej opowiadali. W końcu jednak skończyły im się tematy do rozmów i dziewczynce zaczęło się nudzić w ich towarzystwie. Początkowo próbowała szukać sobie jakiegoś pożytecznego zajęcia, ale wszyscy marynarze odganiali ją, zwykle tłumacząc, że jest za mała. Tinwe nie miała o tym pojęcia, ale tak naprawdę nie chcieli dawać jej żadnych ciężkich zadań, bo nie mieli pojęcia, jak na to zareaguje Callan. Dlatego też trzeciego dnia, gdy po obejściu całego statku wciąż nie znalazło się dla niej zajęcie, siedziała przy relingu. Przybrała taką pozycję, że jej nogi wystawały za burtę, a rękoma mogła trzymać się barierki. Z zamyśloną miną obserwowała morze. Tego dnia było wyjątkowo spokojne i jasne. W wodzie odbijały się promienie słońca, ale na szczęście nie raziło jej to w oczy. Przyzwyczaiła się już prawie do tego, że nie przebywa na stałym lądzie. Nawet delikatne kołysanie jej nie przeszkadzało, prawie go nie czuła, nie licząc momentów, gdy chciała pójść spać. Wtedy akurat pomagało jej to w zaśnięciu i sprawiało, że nie miała koszmarów. Chociaż... ciekawe, co bardziej odganiało koszmary. Fakt, że na morzu jest względnie bezpieczna czy to, że wreszcie ma ojca, który ją obroni?
Nie zastanawiała się zbyt długo nad tym pytaniem. Miała przecież inne sprawy do przemyślenia. Na przykład, co robić? Nie wiedziała, ile potrwa rejs, ale była już w ładowni i po ilości zapasów wydawało jej się, że całe wieki miną, nim wreszcie „Skylla” dobije do brzegu, a ona, Tinwe, będzie mogła wreszcie się wybiegać i wyszaleć. Skoro nie mogła pomóc marynarzom, to chociażby Karenmir powinna znaleźć jej jakąś zabawę. Mama zawsze tak robiła, gdy zamierzała na kilka godzin zostawić ją samą sobie. Wtedy Tinwe zwykle nawet nie zauważała, że Ireth nie ma przy niej... i nie przychodziły jej do głowy żadne głupie pomysły...
Mała elfka rozglądała się po okręcie ze znudzeniem. Nagle jej wzrok padł na stos kul armatnich, gotowych do tego, by włożyć je do działa. Uśmiechnęła się lekko. Przecież nikt ich teraz nie używał, bo nie było w co strzelać. Co jej szkodziło trochę się nimi pobawić?
Zerwała się ze swojego siedzenia i pobiegła do ładowni. Wiedziała już, jak się zabawi, bo dawniej, jak jeszcze mama żyła, widziała w którejś karczmie podobną zabawę. Nie pamiętała, czy pijani goście też wtedy używali kul armatnich, ale to akurat nie miało większego znaczenia. Ważne, że wreszcie będzie miała jakąś rozrywkę i przestanie się tak przeraźliwie nudzić!
W stojakach w ładowni leżały butelki z rumem. Było ich mnóstwo, bo marynarze oszczędzali na ukochanym alkoholu, obawiając się, że nie starczy im trunku do końca rejsu. Tinwe na razie ominęła pełne butelki i zaczęła rozglądać się po półkach w poszukiwaniu pustych. Rozczarowała się, gdy po dłuższym czasie znalazła jedynie trzy puste butelki. Pomyślała sobie, że pewnie więcej by ich znalazła w kajucie Callana, ale tam nie wolno jej było wchodzić. Ojciec kategorycznie jej tego zabronił, a ona nie chciała go denerwować. I tak był bardzo dobry, przyjmując ją do siebie na „Skyllę”.
Zgarnęła więc te trzy puste butelki, po krótkim namyśle wzięła jeszcze dwie pełne rumu i po cichu wyszła z ładowni. Stanęła przy relingu, w tym samym miejscu, gdzie przedtem siedziała i ułożyła je w piramidkę. Z zadowoleniem odsunęła się, oceniając efekty swojej pracy. Wreszcie uznała, że piramidka wygląda dokładnie tak, jak wtedy w karczmie i podeszła do stosu kul. Chwyciła tą leżącą na szczycie i podniosła.
Prawie ugięła się pod ciężarem kuli. Prędko wypuściła ją i zdążyła odskoczyć, nim przygniotła jej stopę. Kula potoczyła się w stronę relingu i wypadła za burtę. Tinwe usłyszała cichy plusk, gdy wpadła do wody. Odetchnęła lekko. To tylko jeden pocisk... nikt nie zwróci uwagi, że go brakuje. Na pewno nawet Callan nie pamiętał, ile dokładnie kul miał na statku. Uspokojona tą myślą elfka złapała za następny pocisk. Tym razem była już bardziej przygotowana na jego ciężar, więc nie wypuściła go od razu. Cicho stękając z wysiłku, przeszła parę kroków, tak by stać dokładnie na wprost piramidy z butelek. Wkładając w to wszystkie swoje siły, wypuściła kulę tak, by poturlała się w kierunku celu.
Większość pracujących marynarzy, w tym także Karenmir i Crevan, przyrządzający eliksiry w kajucie pierwszego oficera, usłyszeli brzęk tłuczonego szkła, a chwilę potem plusk. Czerwonowłosa obejrzała się w stronę drzwi.
- Tinwe? - zawołała głośno. - Co tam się stało?
- Niiic! - odparła równie głośno Tinwe. - Grzecznie się bawię.
- Ach, to dobrze – mruknęła Karenmir i wróciła do swojego zajęcia.
Tinwe odetchnęła z ulgą, gdy zdała sobie sprawę, że elfka nie idzie zobaczyć, co się stało. Wszystkie butelki się stłukły. Wszystkie, co do jednej! W miejscu tych, w których był rum, elfka wyraźnie widziała mokre ślady po trunku. Do tego tam, gdzie stała piramidka, pełno było teraz potłuczonego szkła, bo nie wszystko grzecznie wypadło za burtę. Co gorsze, wypadła kula. No, ale co ona poradzi, że barierka jest tak wysoko i pociski bez problemu mogą wypaść? Równie dobrze mogło się to stać przez nieuważnego marynarza. Najwyżej jak tata będzie miał pretensje, to poskarży się, że widziała kogoś innego grzebiącego przy kulach. Callan za bardzo lubił swoich ludzi, by ich karać za takie głupoty. A ona tymczasem mogła dalej się bawić. Rozsądek mówił jej, że powinna natychmiast przerwać, ale z drugiej strony i tak nikt się nie zainteresował, to czemu miała sobie odmawiać rozrywki?
Następne godziny zeszły jej na bieganiu do ładowni i z powrotem, stawianiu butelek w piramidę i zrzucaniu ich kulami. Bardzo szybko podkład w okolicy relingu stał się lepki od alkoholu, ale Tinwe się tym nie przejmowała, zbyt uradowana swoim zajęciem. Zresztą i tak nikt nie zauważył, co wyprawia, bo była bardzo uważna i gdy któryś z marynarzy przechodził w pobliżu, zaraz stawała tak, by zasłonić pobojowisko, jakie pozostało po stłuczonych butelkach. Wszystkim spieszącym się do swoich zajęć dorosłym wystarczyło krótkie spojrzenie na Tinwe, by przekonać się, że dziewczynka po prostu grzecznie sobie stoi i nikomu nie kręci się pod nogami. W końcu jednak zapasy rumu się skończyły i elfka ze smutkiem zdała sobie sprawę, że więcej już nie pogra w kręgle.
Zaczęła się więc rozglądać w poszukiwaniu następnych zajęć. Co prawda pomysłów jej nie brakowało, ale za to zdawała sobie sprawę, że nie ma czym ich wykonać. Pomalowałaby żagle, bo są takie zwyczajne, białe... niestety, nigdzie na statku na pewno nie było kolorowych farbek. Tak samo na samym pokładzie nie narysuje żadnych obrazków, bo nie ma czym malować. Mogła tylko sobie pobiegać od rufy do dziobu i z powrotem, ale pewnie marynarze by ją powstrzymali, marudząc, że im przeszkadza. Co więc mogła zrobić?
Spojrzała w górę, na bocianie gniazdo. W sumie jeszcze tam nie była. To był jedyny zakamarek „Skylli”, na jaki jeszcze nie zajrzała. I to wcale nie dlatego, że tata zabronił, po prostu nie przyszło jej to do głowy. Wspinaczka na pewno trochę jej zajmie, bo przecież tam było tak wysoko, a ona jest taka mała... Ale z drugiej strony i tak nie miała nic lepszego do roboty. Podbiegła do drabinki i zaczęła się wspinać.
Była już mniej więcej w połowie drogi na szczyt, gdy ze swojej kajuty wyszedł Callan. Nie rozglądając się, ruszył w stronę ładowni, przeciągając się. Plecy go trochę bolały od ślęczenia nad mapami, ale przynajmniej wyznaczył już kurs. Teraz w nagrodę mógł napić się rumu. Jedyne, czego brakowało mu do pełni szczęścia, to jeszcze jakaś ładna kobieta na pokładzie.
Gdy tylko stanął przed stojakami na butelki z rumem, zdał sobie sprawę, że coś jest mocno nie tak. Wszystkie półki były puste. Nie było ani jednej butelki. Ale jak to?! Przecież kupił tyle rumu, ile się tylko dało! Był tego całkowicie pewien. O ulubionym trunku nigdy w życiu by nie zapomniał!
Dla pewności dotknął pustej półki, choć wiedział, że nie wyczuje pod palcami chłodnego i gładkiego szkła. Musiał jednak mieć pewność, że nie jest ani pijany, ani nie śni mu się koszmar. Niestety, to wszystko działo się na jawie. Rum zniknął akurat teraz, gdy miał olbrzymią ochotę się napić. Kto, do cholery, był na tyle głupi, by dobrać się do JEGO zapasów?!
Wściekły wybiegł z powrotem na pokład, zwołując całą resztę załogi. Wszyscy przybiegli bez ociągania się. Znali już dobrze swojego kapitana i wiedzieli, że lepiej nie dawać mu dodatkowych powodów do złości, gdy jest w takim podłym nastroju. Ustawili się w równym szeregu, patrząc na siebie pytająco. Wyglądało jednak na to, że nikt nie znał powodu złości Callana.
- Zwołałem was wszystkich, bo ktoś był na tyle bezczelny, by bez pytania grzebać w moich zapasach – powiedział Callan z pozornym spokojem. - Omawialiśmy tą sprawę już tyle razy...
Zauważył, że stojąca blisko niego Karenmir nagle blednie i wymienia spojrzenia z Crevanem. O tak, oni na pewno coś wiedzieli!
- Karen! - warknął Callan takim tonem, że czerwonowłosa natychmiast się wyprostowała. - Mów, co wiesz.
- Słyszałam Tinwe – wymamrotała elfka. - Bawiła się... tutaj na pokładzie... ale było spokojnie, więc nie wychodziłam sprawdzić...
Elf westchnął i policzył w myślach do dziesięciu, choć tak naprawdę miał ochotę spuścić łomot wszystkim po kolei, z tą małą smarkulą na czele. Rozejrzał się w poszukiwaniu córki, ale nie zauważył jej w szeregu.
- Gdzie jest Tinwe? - zapytał. - Nie rozglądać się jak ostatni debile, tylko rozejść się i jej poszukać!
Załoga rozbiegła się na wszystkie możliwe strony, byle tylko zejść z oczu Callana. Dopiero teraz elf zauważył mokre deski pokładu przy relingu i trochę potłuczonego szkła. Ten widok w zupełności mu wystarczył, by zrozumieć, co się stało z jego rumem. Przyrzekł sobie w myślach, że tak stłucze Tinwe, że dziewczynka przez tydzień nie usiądzie. Odechce jej się głupich zabaw na długi czas.
- Taaaatoooo! - usłyszał nagle wesoły głos córki. Dochodził z góry, z bocianiego gniazda.
Callan spojrzał w stronę źródła dźwięku. Tinwe wisiała, trzymając się drabinki. Była naprawdę wysoko i elf nie miał wątpliwości, że jeśli dziewczynka teraz spadnie, to się dla niej bardzo źle skończy. Może i był na nią wściekły, ale przecież nie chciał, by zginęła taką głupią śmiercią.
- Tinwe, złaź stamtąd w tej chwili! - wrzasnął.
- Ale zobacz, jak jestem wysoko! - odkrzyknęła Tinwe, machając do niego. - I wiszę na jednej ręce!
Elf wyobraził sobie ciało dziewczynki roztrzaskane na pokładzie i jego ludzi próbujących uprzątnąć cały ten bałagan. Zrobiło mu się słabo.
- Złaź! Natychmiast! - wykrzyknął.
Tinwe odkrzyknęła coś w odpowiedzi, ale tego kapitan już nie dosłyszał. Odetchnął z ulgą, gdy zauważył, że dziewczynka powoli zaczęła schodzić na dół. Mimo to nie ruszał się z miejsca, wciąż obserwując. Wolał być blisko, gdyby dziewczynka spadła, żeby móc ją złapać. Zresztą jak tylko znajdzie się przy nim, będzie musiał poważnie z nią pomówić. Już on jej pokaże! Nie dość, że rozbiła mu butelki z całym zapasem rumu, to jeszcze narobiła mu niemałego stracha.
Niestety, dziewczynka była już całkiem niedaleko pokładu, gdy nagle okrętem zatrzęsła jakaś większa fala. Zaskoczona Tinwe nie utrzymała się i puściła drabinkę. Z krzykiem wpadła prosto do morza.
- O cholera – syknął elf. Niewiele myśląc zdjął buty i wyskoczył za burtę, aby ją ratować. Od razu zaczął płynąć w stronę Tinwe.
Szybko zdążył znaleźć się przy córce. Z ulgą stwierdził, że dziewczynce nic nie jest. Jakoś utrzymywała się na powierzchni, choć jednocześnie patrzyła na niego zszokowana, jakby nie docierało do niej, co właściwie się stało.
- Umiesz pływać? - zapytał Callan.
Dziewczynka skinęła głową. Świetnie, przynajmniej nie musiał się martwić, jak ją doholuje do statku.
- To wracamy na „Skyllę” - powiedział.
Tinwe nie dała sobie tego powtarzać. Zaczęła powoli płynąć w stronę okrętu. Elf mimowolnie pomyślał, że dziewczynka rusza się jak mucha w smole, ale nie próbował jej poganiać. I tak jak już się znajdą na „Skylli” spuści jej lanie za to jak narozrabiała, więc niech się cieszy, póki może.
Gdy zbliżyli się do statku, Callan zauważył, że większość marynarzy już zauważyła ich za burtą. Obserwowali ich, nic nie mówiąc. Gdy znaleźli się blisko okrętu, Crevan rzucił im drabinkę, by mogli wspiąć się na pokład. Callan przepuścił Tinwe pierwszą, a sam ruszył zaraz za nią. Teraz, gdy już wiedział, że nie grozi jej niebezpieczeństwo, z całą siłą wrócił gniew, jaki odczuwał przez zniszczenie mu całego zapasu rumu. Niech sobie Crevan i Karenmir potem mówią, co chcą, on nie ma zamiaru odpuścić smarkuli!
Gdy tylko oboje już stali na pokładzie, Callan nagle podszedł do Tinwe, złapał ją za ucho i pociągnął w stronę mostku kapitańskiego. Mała elfka szła za nim, jęcząc z bólu i co chwilę pytając, co Callan najlepszego wyprawia. Przed samym mostkiem kapitan puścił ją i rozpiął pas przy spodniach. Tinwe patrzyła na niego osłupiała.
- Tato? - zapytała.
- Czy ty wiesz, co najlepszego narobiłaś? - warknął Callan. Mówił spokojnie, choć widać było, że jest wściekły. Tinwe o wiele bardziej wolałaby, żeby teraz na nią nawrzeszczał. Byle tylko przestał na nią tak patrzeć, jakby mu pół załogi wytruła...
- Przepraszam – wyszeptała, a w jej oczach pojawiły się łzy. - Naprawdę, tatku, to było tak z nudów...
- Z nudów? - prychnął Callan i parsknął śmiechem, który pozbawiony był wesołości. - Dziewczyno, czy ty zdajesz sobie sprawę, coś ty narobiła?!
- Rozbiłam rum – powiedziała niewinnie Tinwe. - A te kule armatnie wypadły mi przez przypadek. Po prostu wytoczyły się...
Callan drgnął i rozejrzał się dookoła. Do tej pory był tak zajęty myślami o ulubionym trunku, że nie zauważył nawet braku kul. Teraz, gdy córka do wszystkiego się przyznała, a on sam zaczął się rozglądać, zdał sobie sprawę, że brakuje jednego całego stosu pocisków. Ten widok sprawił, że Callan nie wytrzymał. Zamachnął się pasem i z całej siły uderzył nim Tinwe. Dziewczynka krzyknęła i odwróciła się, by uciec. Zanim jednak zdążyła to zrobić, jeden ze stojących w pobliżu marynarzy złapał ją za ramiona i przytrzymał, by nie mogła się wyrwać. Kapitan tymczasem nie zamierzał tak szybko dać spokoju. Podszedł bliżej dziewczynki i jeszcze raz zdzielił ją pasem w plecy... a potem jeszcze raz... i jeszcze...
Tinwe krzyczała z bólu i upokorzenia i usiłowała się wyrwać, ale marynarz nie przejął się w ogóle jej wysiłkami. Sprawiał wrażenie, jakby jej krzyki nie robiły na nim żadnego wrażenia. Nawet nie nią nie patrzył, tylko wciąż obserwował Callana.
Wreszcie, po kilku minutach, które wydawały się Tinwe godzinami, kapitan przestał ją bić i dał trzymającemu ją mężczyźnie znak. Marynarz puścił elfkę, na co ona szybko pobiegła w stronę swojej kajuty. Weszła do środka i z trzaskiem zamknęła za sobą drzwi. Z wnętrza pomieszczenia i tak było słychać jej szloch.
Callan spokojnie zapiął pas i spojrzał na resztę załogi.
- A wy na co się gapicie?! - wrzasnął. - Wracać do roboty!
Marynarze nie dali sobie tego powtarzać i natychmiast rzucili się do przerwanych zajęć. Jedynie Crevan został przy relingu, przyglądając się Callanowi z nieodgadnioną miną.
- No co? - westchnął Callan. - To nie mogło jej ujść na sucho...
Crevan pokiwał głową.
- Musimy porozmawiać – powiedział. - Ale nie tutaj.
- Oho, brzmi groźnie – odparł Callan. - No dobra, chodźmy do mnie. Ale wybacz, że nie poczęstuję cię rumem podczas tej poważnej rozmowy. Tak się składa, że jakaś smarkula rozbiła mi wszystkie butelki.
Crevan uśmiechnął się lekko i oboje weszli do kajuty kapitańskiej. Gdy tylko znaleźli się w środku, Callan usiadł na koi. Wyglądał na zmęczonego.
- Mam dosyć – stwierdził.
- A nie mówiłem? - westchnął Crevan. Oparł się o drzwi kajuty, tak samo jak parę dni temu, gdy rozmawiali z Tinwe. - I co teraz zrobisz? Widzisz, że ona się zupełnie nie nadaje na morskie wyprawy. Zresztą bogowie tylko wiedzą, czy któregoś razu nie natkniemy się na Killburna.
- Taa... jak na razie wystarczy jej spotkanie dwóch psycholi – mruknął Callan i zamyślił się.
- Nie oddasz jej chyba do żadnego przytułku? - zapytał Crevan po dłuższej chwili.
Callan pokręcił głową.
- Myślę, że by za nami polazła – stwierdził. Nagle uśmiechnął się lekko. - Wiem!
Crevan posłał mu pytające spojrzenie.
- Wiem, co z nią zrobię – ucieszył się Callan. - Zabiorę ją do Mrocznej Puszczy!
- Co? - zdziwił się Crevan. - Callanie, całkiem ci odbiło?! Przecież tam trwa wojna! Jako normalny ojciec powinieneś posłać ją tam, gdzie jest bezpiecznie! Rozumiesz, czy mam ci przeliterować?!
- Uspokój się – Callan machnął ręką. - Dobrze wiesz, że tak naprawdę nigdzie nie jest bezpiecznie. Jeśli Tinwe jest przeznaczona śmierć, to zginie nawet, jeśli bym ją wysłał gdzieś, gdzie miałaby same luksusy. A w Mrocznej Puszczy jest ktoś, kto się nią zaopiekuje. Chyba.
Elf zawahał się.
- No dobrze... nie wiem, czy się zaopiekuje, ale jak ładnie poproszę, to może... - westchnął.
- Masz na myśli tamtą elfkę, u której pomieszkiwałeś? - zapytał ostrożnie Crevan.
- Tak – odparł Callan. - Coś nas łączy, więc wiesz... jest szansa, że się zgodzi.
- Czy jest jakaś kobieta, z którą nic cię nie łączy? - zapytał Crevan. Chyba jednak nie oczekiwał na odpowiedź na pytanie. - Dobrze, zawsze to jakiś pomysł. Lepszy taki niż żaden.
Callan uśmiechnął się lekko.
- Cieszę się, że mnie popierasz – powiedział, po czym wstał i podszedł do biurka. - Muszę wyznaczyć kurs. Im szybciej dopłyniemy, tym lepiej.

Crevan wzruszył ramionami. Wiedział, że Callan uznał już rozmowę za zakończoną, więc nie było sensu mu uświadamiać, że nie uważa tego pomysłu za najlepszy. Po cichu liczył, że tamta elfka z Mrocznej Puszczy nawet jeśli przyjmie Tinwe pod swój dach, to da Callanowi do zrozumienia, że powinien wreszcie stać się trochę bardziej odpowiedzialny. Zresztą sama Tinwe w czasie drogi też mogła dać się Callanowi we znaki...


***

I wreszcie udało mi się napisać ten rozdział. Wiem, że wyszedł długaśny, ale z drugiej strony na notkę czekaliście cały miesiąc. Kiedy będzie następna? Tego za bardzo nie wiem, ale jeśli wena będzie równie kapryśna jak teraz, to pewnie poczekacie kolejny miesiąc. Mam nadzieję, że Wam się spodoba ^^
Może się zdarzyć, że do notki wkradł się jakiś błąd, ale jest to mało prawdopodobne, bo kilka razy ją przeczytałam, zanim w końcu stwierdziłam, że da się to opublikować.
No dobrze, nie będę dłużej przynudzać. Zapraszam do komentowania. Miło jest wiedzieć, że ktoś to czyta ^^

5 komentarzy:

  1. Wszelkie błędy, jakie zauważyłam, wytknęłam ci już na gg, więc tutaj napiszę tylko tyle, że już się nie mogę doczekać kolejnej części! Więc lepiej, żeby twoja wena dopisała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie za wytknięcie błędów :D Moja beto :D

      Usuń
    2. Polecam się na przyszłość :) Jakbym jeszcze coś dojrzała, to dam ci znać xD

      Usuń
  2. Zacznę od tego, że jestem przeciwna dowolnemu, nieuprzedzonemu zmienianiu punktu widzenia narratora. Jak się pisze opowiadania w dwie osoby, to czasem tak wychodzi, ale jak się pisze samemu, to można kontrolować i nie przechodzić co chwilę z jednego na inne.
    Zdejmowanie pasa mi nie pasowało. Skąd u niego byłby taki nawyk? Jako pirat, to powinien mieć bat jak już ;P
    I generalnie mam rozterkę. Bo dużo rzeczy mogłabym się czepić. Ucząc się, jak pisać, zaczęłam być także krytyczna wokół innych dzieł pisanych. Ale to jest raczej lekka opowieść dla zabawy, więc nie będę w to wnikać ;)
    Fajnie będzie wrócić do Mrocznej Puszczy xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Na bloga trafiam przypadkiem, w sumie przeczytałam na razie tylko ten rozdział , ale podoba mi się! :) Oby tak dalej! :) Zacznę nadrabiać poprzednie rozdziały, bardzo mnie to ciekawi.
    Całuję :*
    Zapraszam do siebie, pierwszy post! :)
    http://bookis-mydrug.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy

Lydia Land of Grafic